Pappardelle - coś pomiędzy lasagne a tagliatelle

Usłyszał głos słynnej aktorki, która zapraszała, aby szybko do niej dołączył… głos dochodził z łazienki, a on nie wahał się ani chwili. Po kilku krokach zderzył się z uderzeniem gorącego, wilgotnego powietrza i wtedy dostrzegł, że na podłodze porozsypywane były jej prywatne zabawki… Jesteście ciekawi? Dzisiaj przedstawiamy pappardelle!



Pappardelle to makaron taki jakby trochę pomiędzy lasagne a tagliatelle - długi i szeroki mniej więcej na dwa do trzech centymetrów. Nazwę ma bardzo pozytywną, ponieważ pochodzi ona od 'pappare' co po toskańsku oznacza „jeść z olbrzymią, prawie dziecięcą przyjemnością” (czyli „jeść tak, że aż się uszy trzęsą”).


Do miłośników pappardelle należała jedna z najciekawszych włoskich wariatek kulinarnych, czyli słynna aktorka Sophia Loren. Pozytywne zakręcenie na punkcie dobrego jedzenia nie jest oczywiście tak bardzo zaskakujące, ponieważ Włosi co do zasady tak już mają, a znanych przykładów jest całkiem, całkiem sporo.


Królowa Bona po wyprowadzce ze słonecznej Italii natychmiast sprowadziła swoje ulubione produkty do Polski, a Caterina de'Medici poszła nawet o krok dalej i wyjeżdżając do Francji zabrała nie tylko przepisy na włoskie potrawy, ale też włoskich szefów kuchni. To dość stare dzieje, ale moim faworytem w tym względzie jest człowiek żyjący współcześnie - Luca Parmitano - włoski astronauta, który lecąc w kosmos zażądał, aby specjalnie dla niego przygotować tiramisu i caponatę - w taki sposób, aby mógł je zabrać ze sobą. Wyobrażacie sobie przerwę w pracy, podczas której zajadacie wspaniałe tiramisu, popijacie kawą, a kiedy patrzycie przez okno… widzicie przestrzeń kosmiczną i kulę ziemską?


A Sophia Loren? Jako znana aktorka, która występowała w bardzo wielu filmach nie prowadziła stacjonarnego trybu życia i większość czasu spędzała gdzieś w podróży. Podobno, niezależnie od tego dokąd ją los zaprowadził, nie rozstawała się z dwoma produktami, które zawsze zabierała ze sobą z Włoch - z makaronem i oliwą z oliwek.


Kuchnię włoską uwielbiała do tego stopnia, że często sama, w hotelowych pokojach przygotowywała jedzenie dla siebie i swoich przyjaciół. Makaron podobno mogła jeść codziennie, ale musiał to być prawdziwy włoski (i tylko włoski) makaron z mąki durum.


Kiedyś do swojego pokoju hotelowego miała zaprosić pewnego dobrego przyjaciela. Wiedział, że Sophia uwielbia gotować, a spodziewając się, że na pewno coś pysznego przygotuje, porządnie przygotował się do wizyty i przyszedł bardzo głodny. Niestety kiedy wszedł do pokoju spotkało go pewne rozczarowanie, bowiem okazało się, że nigdzie nie było ani Sophii, ani jedzenia! Wtedy usłyszał głos słynnej aktorki, która zapraszała, aby szybko do niej dołączył… głos dochodził z łazienki!


Co tam się później wydarzyło? Jaki finał miała ta przygoda? Prawdopodobnie nigdy się tego nie dowiemy, ponieważ opowiadając tę historię Sophia Loren skupiła się na tym, że zaprosiła przyjaciela do łazienki, ponieważ… w pokoju nie było miejsca na rozstawienie kuchenki i dlatego właśnie tam musiała przyrządzać kolację - na desce sedesowej! Była tak zakręcona na punkcie kuchni włoskiej, że jeśli miała ochotę na dobre jedzenie poza Półwyspem Apenińskim, to była przekonana, że nikt nie przygotuje go lepiej niż ona sama.


A jeśli ktoś kiedyś powie Wam, że makarony nie pasują mu do diety albo że od makaronów przybiera się na wadze... pokażcie temu komuś zdjęcia Sophii Loren!


In pasta veritas.

kulinarne perwersje 2018

Zdradzamy nasz sposób na to, jak sobie robić w życiu dobrze!

Wrzucamy pomysły na ruszt. Czasem własne, czasem cudze;) Czasem hand made, czasem pozwalamy innym się nakarmić..

Opowiadamy, słuchamy, pichcimy, Śmiejemy się, jemy i pijemy.

Przeważnie w towarzystwie, bo wtedy lepiej smakuje.

Ma być miło, na luzie:)

Pozdrawiamy,

Wojtek&Basia