Involtini di tacchino, czyli zrazy z indyczych polędwiczek


Gdzie można znaleźć najstarszego indyka w Europie? W pewnym magicznym miejscu, w którym przez pewien czas mieszkał Galileusz, w pięknej renesansowej willi w sercu Wiecznego Miasta, tam gdzie kiedyś znajdowały się słynne, ociekające luksusem ogrody Lukullusa, a dzisiaj jeden z najpiękniejszych parków we Włoszech. Przy okazji, z trochę młodszego indyka zrobimy dzisiaj involtini di tacchino!


Galileusz pochodził z Pizy i od dziecka niezmiernie interesowała go matematyka oraz fizyka, którym poświęcał każdą wolną chwilę. Jedyny problem polegał na tym, że nie mógł oddać się im bez reszty, ponieważ nie odpowiadało to ambicjom jego matki, która wymarzyła sobie, żeby jej syn został szanowanym lekarzem. Młody chłopak bardzo długo nie mógł zdobyć się na asertywność i posłusznie zaczął realizować oczekiwania rodziców.


Dopiero jako dorosły człowiek, zaawansowany student medycyny doszedł do wniosku, że życie jest na to za krótkie i że szkoda go na spełnianie marzeń innych osób. Porzucił naukę na uczelni i oddał się w pełni swojej pasji. Z perspektywy czasu można dziś stwierdzić, że wyszło to tylko na dobre, ponieważ dzięki temu wymyślił między innymi teorię bezwładności, odkrył księżyce Jowisza (choć myślał, że to gwiazdy) i zbudował pierwszy termometr.


Galileo Galilei był również gorącym zwolennikiem teorii heliocentrycznej naszego Kopernika i to przysporzyło mu w życiu wielu problemów. W tamtym czasie Kościołowi bardzo nie podobała się idea, według której Ziemia nie stanowi centrum świata i została ona oficjalnie uznana przez Wielką Inkwizycję za bezsensowną, absurdalną i formalnie heretycką. Galileusz zmuszony został do oficjalnego odwołania wszystkiego co udowadniał przez całe swoje życie, ale podobno podczas publicznego wystąpienia miał mamrotać pod nosem „...a jednak się kręci...”


Podobnie jak Galileusz, pewien florentczyk - Allessandro de’ Medici - również w młodości znajdował się pod silnym wpływem swojej matki. Już jako dzieciak marzył o tym, żeby zostać duchownym, ale niestety był jedynym synem w rodzinie, a rodzicom bardzo zależało, żeby miał oficjalnie uznane dzieci. Mama postanowiła, że jej syn duchownym nie zostanie i nie przyjmowała do wiadomości jego sprzeciwu.


W pewnym momencie mata zakończyła swój żywot i wtedy nadszedł czas na zmiany w życiu Allesandro. Wiecie co zrobił? Natychmiast został duchownym i podążając za swoim powołaniem zaczął się w życiu realizować. Jakiś czas później z komina w Watykanie poleciał biały dym i od tego czasu nie był już Allessandrem, tylko Leonem XI.


Jaki jest wniosek z tych dwóch historii? Taki, że aby osiągnąć rzeczy wielkie trzeba podążać za swoimi marzeniami i w nosie mieć to, co myślą inni!

Leon XI wprawdzie nie miał wielkich sukcesów jako papież - obniżył podatki w Rzymie (to się chwali), a chwilę później złapał jakieś przeziębienie i zmarł. Ot taka historia, papieżem był przez 27 dni. Można by powiedzieć, że „indyk myślał o niedzieli, a w sobotę łeb mu ścięli”.


To powiedzenie pewnie nie funkcjonowało jeszcze w tamtych czasach, ponieważ indyk był wówczas kulinarną nowością na europejskich stołach. Przypłynął do nas zza oceanu razem z pomidorami, czekoladą i papryczką chilli dopiero po odkryciu przez Kolumba Ameryki, a zatem jego historia na naszym kontynencie to zaledwie około pięćset lat.


Na koniec musimy jeszcze wyjaśnić, co ma wspólnego Galileusz, Leon XI i najstarszy indyk w Europie. Otóż wszyscy bohaterowie naszej historii mieszkali w pewnym momencie w tym samym, magicznym miejscu - w Villa Medici w Rzymie. Najkrócej cudownym domem i otaczającymi do ogrodami cieszył się Leon XI - tylko przez 27 dni (wiecie już dlaczego). Galileusz był tu gościem zdecydowanie dłużej, za to nie do końca z własnej woli i do tego pod stałym nadzorem Wielkiej Inkwizycji. W Villa Medici znajduje się też pierwszy europejski obraz przedstawiający indyka.


Sama Villa Medici to miejsce magiczne, ale że się dzisiaj trochę rozpisałem to napiszę o niej innym razem, za to teraz zapraszamy na zrazy z indyczych polędwiczek.


Czego potrzeba?

  • 4 polędwiczki z indyka

  • 4 plasterki szynki gotowanej

  • 4-8 plasterków wędzonego sera scamorza

  • 300g świeżych liści szpinaku

  • Butelka białego wina (200 ml do przepisu, a reszta - jak zwykle - do wypicia)

  • 200 ml bulionu mięsnego

  • Trochę masła do smażenia

  • Szpikulce do zrazów

No i co dalej?

  1. Do garnka wlewamy odrobinę wody, solimy i wrzucamy do niej liście szpinaku. Podgrzewamy przez chwilę - do czasu aż szpinak zmięknie i przekładamy do sitka, żeby się spokojnie odsączył i ostygł

  2. Polędwiczki rozbijamy tłuczkiem do mięsa, przyprawiamy solą i pieprzem

  3. Na każdej polędwiczce umieszczamy plasterek szynki, 1-2 plasterki sera i trochę szpinaku (liście szpinaku najlepiej przedtem trochę posiekać)

  4. Zwijamy mięso z dodatkami w roladki i nadziewamy na szpikulce do zrazów (tak, żeby nam się nie rozwinęły podczas smażenia)

  5. Na patelni rozgrzewamy masło z dodatkiem oliwy i obsmażamy nasze zawijańce z każdej strony. Kiedy się zarumienią zalewamy winem i dusimy wszystko przez około 10 minut, redukujemy wino mniej więcej o połowę

  6. Teraz zalewamy bulionem, patelnię przykrywamy i dusimy przez ok. 20 minut

  7. Zajadamy bez opamiętania!

kulinarne perwersje 2018

Zdradzamy nasz sposób na to, jak sobie robić w życiu dobrze!

Wrzucamy pomysły na ruszt. Czasem własne, czasem cudze;) Czasem hand made, czasem pozwalamy innym się nakarmić..

Opowiadamy, słuchamy, pichcimy, Śmiejemy się, jemy i pijemy.

Przeważnie w towarzystwie, bo wtedy lepiej smakuje.

Ma być miło, na luzie:)

Pozdrawiamy,

Wojtek&Basia