Grissini - włoskie paluchy na każdą okazję!


Sprzedawca parasolek z Rzymu własnoręcznie zamordował kiedyś ponad pięćset osób. Zaczął zabijać w wieku siedemnastu lat, a skończył będąc już sporo po osiemdziesiątce - był postrachem Włoch, choć wszystkie swoje ofiary pozbawił życia nie łamiąc przy tym obowiązującego prawa. Morderczy dorobek polskiego fryzjera z Londynu był około pięćdziesiąt razy mniejszy, postać ta przeszła do historii, a sam Aaron Kośmiński zyskał przydomek Kuba Rozpruwacz. Jak to możliwe, że o Kubie Rozpruwaczu słyszał każdy, a o włoskim sprzedawcy parasolek prawie nikt? I jaki to ma związek z prezentowanym dzisiaj grissini? Usiądźcie wygodnie i przeczytajcie, to sami się dowiecie!


Giovanni Battista Bugatti był niewysokim, zawsze dobrze ubranym rzymianinem, który wraz z żoną sprzedawał kolorowe parasolki i różne pamiątki osobom odwiedzającym Wieczne Miasto. Mieszkał w dzielnicy Trastevere i tam spędził większość swojego życia - trochę z wyboru, a trochę z powodu ograniczeń, jakie związane były z wykonywaniem jego drugiej profesji. Za każdym razem, kiedy opuszczał Zatybrze mieszkańcy Rzymu wiedzieli, że ktoś zginie. Co ciekawe, w takich sytuacjach wcale przed nim nie uciekali, a nawet wręcz przeciwnie - zbierali się licznie, żeby na własne oczy zobaczyć śmierć. Giovanni pracował jako oficjalny kat, wykonujący egzekucje na zlecenie Państwa Kościelnego, czyli, w pewnym uproszczeniu, na zlecenie papieża.


Pełnił tę funkcję przez prawie siedemdziesiąt lat i oficjalnie przeprowadził pięćset szesnaście egzekucji. W tamtym czasie (czyli mniej więcej dwieście lat temu) kara śmierci była powszechna na Półwyspie Apenińskim i wykonywana na kilka sposobów. Najczęstszą praktyką było pozbawianie skazanej osoby życia przez powieszenie lub ścięcie głowy toporem, a metody te szeroko praktykowane również w innych krajach europejskich. Giovanni szedł jednak z duchem czasu i mniej więcej po dwudziestu pięciu latach pracy zaadoptował francuski wynalazek - absolutny szczyt techniki tamtego okresu - gilotynę!


Gilotyna była wynalazkiem francuskim, ale Włosi też mieli swoją autorską metodę przeprowadzania egzekucji, która nazywana była mazzatello. Procedura polegała na tym, że kat uderzał w głowę skazańca wielkim młotem, a jeśli to nie doprowadziło do śmierci, swoją pracę musiał dokończyć nożem. Straszne to były czasy!


W każdym razie kat nie miał łatwego życia (i dobrze!). Po pierwsze co do zasady raczej musiał unikać ludzi, ponieważ jego tożsamość nie była tajemnicą i raczej nie chciał spotkać na ulicy bliskich swoich ofiar. Po drugie ludzie unikali towarzystwa kata, ale oczywiście z wyjątkiem momentów samej egzekucji, które chętnie były przez nich oglądane.


Według legendy ludzie mieli unikać katów do tego stopnia, że nie do pomyślenia było nawet dotykanie przedmiotów, których taki człowiek wcześniej dotykał lub nawet takich, które po prostu były dla niego przeznaczone. Pewnie między innymi dlatego Giovanni sprzedawał swoje parasole właśnie turystom, którzy nie wiedzieli czym zajmuje się po godzinach.


Taka niechęć społeczeństwa miała odzwierciedlenie nawet w drobnych, bardzo przyziemnych sytuacjach. Na przykład piekarze mieli wypracowane specjalne sposoby wypiekania chleba dla katów - w taki sposób, żeby nie miał on styczności z chlebem przygotowywanym dla osób wykonujących bardziej „normalne” zawody. Wypieczony chleb, który przeznaczony był dla kata, miał być zawsze układany na stole do góry nogami, aby nie dopuścić do pomyłki.


W dzisiejszych czasach chleb na włoskim stole jest powszechny, podawany praktycznie do każdego posiłku, ale jest pewien przesąd, który może zdyskwalifikować w oczach Włochów nawet najlepszy bochenek. Otóż jeśli przez przypadek taki bochenek zostanie położony na stole do góry nogami, to już nie ma dla niego ratunku! Dlaczego? No właśnie między innymi przez takich ludzi jak Giovanni Battista Bugatti.


W pechowej sytuacji, kiedy chleb przepadnie, zawsze można przed kolacją sięgnąć po grissini, na które przepis znajdziecie poniżej.


Czego potrzeba?

  • 500g mąki

  • 300ml wody

  • oliwa z oliwek

  • 1/4 kostki drożdży

No i co dalej?

  1. Drożdże rozpuszczamy w letniej wodzie i odstawiamy na około 10 minut.

  2. Mąkę urabiamy z wodą, odrobiną soli i dużym (naprawdę sporym) chlustem oliwy z oliwek - do czasu aż uzyskamy w gładką masę - kulkę.

  3. Odstawiamy w ciepłe miejsce na jakieś 15-20 minut (możemy na przykład umieścić kulkę w jakimś pojemniku na kaloryferze i przykryć ścierką)

  4. Ciasto umieszczamy na blacie i ręcznie rozciągamy, żeby otrzymać mniej więcej prostokątny kształt o wysokości ok. 1 cm

  5. Kroimy w paseczki, a następnie każdy z nich lekko ucieramy pomiędzy rękoma, tak aby w przekroju był bardziej okrągły (chodzi o taki ruch rękoma jaki wykonujemy, kiedy chcemy z plasteliny uzyskać długi, okrągły i cienki kształt - na pewno pamiętacie jeszcze z dzieciństwa jak się to robi - lepiej nie potrafię tego wytłumaczyć!)

  6. Na koniec możemy jeszcze każdy paluch nasmarować odrobiną oliwy i wkładamy do pieca (polecam ułożyć je na papierze do pieczenia) na około 8-10 minut (250°C)

  7. Wyjmujemy z pieca i już możemy zajadać bez opamiętania!

kulinarne perwersje 2018

Zdradzamy nasz sposób na to, jak sobie robić w życiu dobrze!

Wrzucamy pomysły na ruszt. Czasem własne, czasem cudze;) Czasem hand made, czasem pozwalamy innym się nakarmić..

Opowiadamy, słuchamy, pichcimy, Śmiejemy się, jemy i pijemy.

Przeważnie w towarzystwie, bo wtedy lepiej smakuje.

Ma być miło, na luzie:)

Pozdrawiamy,

Wojtek&Basia