Garganelli - makaron, który zawdzięczamy pewnemu głodnemu kotu

Średniowieczna Viagra z jąder jelenia? Pasta do zębów na bazie sadzy z kominka? Sposób na zachowanie kobiecego piękna prawie jak z laboratorium czarownicy? Będzie też o kocie szczęściarzu i przy okazji też o makaronie garganelli. Czytacie?

Garganelli to makaron bardzo podobny do powszechnie spotykanego penne, ale jednak jest kilka istotnych różnic. Po pierwsze garganelli zawsze ma wyżłobienia, które powstają na specjalnym grzebieniu podczas zwijania makaronu. Po drugie zawsze widoczne są jakby warstwy tego makaronu, bowiem jest on zwijany z trójkątnych kawałków ciasta, mniej więcej na tej samej zasadzie jak popularne we Włoszech cornetti. Ostatnia różnica względnem makaronu penne polega na tym, że końce garganelli ucięte są zawsze w przeciwnych kierunkach.


Jest to makaron typowy dla regionu Emilia Romania, a powstał trochę przez przypadek, jako próba kreatywnego wybrnięcia z trudnej sytuacji. Historie są różne, ale wszystkie mają jeden element wspólny. Otóż na pewnym wystawnym przyjęciu szef kuchni miał planować podanie capelletti (małych pierożków makaronowych), ale niestety z powodu kłopotu z nadzieniem, którego nie mógł wykorzystać, musiał szybko wymyślić jakąś sprytną alternatywę. Po chwili namysłu miał poskręcać na drewnianym grzebieniu pocięte już ciasto makaronowe i tak właśnie powstał makaron garganelli.


Historie różnią się tym kto tego dokonał, gdzie, kiedy i co spowodowało, że niemożliwe było wykorzystanie przygotowanego wcześniej nadzienia. Według jednej teorii miał to być kucharz Cateriny Sforzy, a problem z nadzieniem był taki, że zniknęło. No może niezupełnie zniknęło, ponieważ tak naprawdę znalazło się w żołądku pewnego głodnego kota, ale ostatecznie wychodzi na to samo. Kot miał szczęście, że szef kuchni kreatywnie podszedł do tematu, bowiem mogłoby się to dla biedaka raczej nie najlepiej zakończyć.


Caterina Sforza była kobietą dość porywczą i brutalną. Określano ją mianem tygrysicy, lwicy a czasem nawet postrachem całej Italii. Walczyła lepiej niż większość mężczyzn, bez większych skrupułów mordowała swoich przeciwników i ludzi myślących inaczej niż ona, a w pewnym momencie próbowała nawet otruć papieża. O tym wszystkim kot nie mógł wiedzieć, ale nie zmienia to faktu, że miał w tym wszystkim sporo szczęścia.


Władczyni dwóch włoskich miast - Forli i Imoli - była też niezwykle piękną kobietą, podziwianą przez większość współczesnych jej mężczyzn. Zdawała sobie z tego sprawę i bez większych skrupułów wykorzystywała swoją przewagę nad brzydszą płcią zawsze kiedy tylko sytuacja tego wymagała.


Do swojej urody i udanego życia intymnego przywiązywała bardzo dużą wagę, ale trochę w odmienny sposób niż wszystkie otaczające ją kobiety. Nie wierzyła w skuteczność żadnych dostępnych w tamtych czasach specyfików i w związku z tym zupełnie z nich nie korzystała. Zbudowała za to w swoim zamku laboratorium chemiczne, w którym osobiście przygotowywała swoje własne preparaty. Wymyślała dość odważne receptury, czasem trochę dziwne, a czasem nawet dość obrzydliwe. Wiemy o tym, ponieważ bardzo skrzętnie je zapisywała… i całe szczęście, bo inaczej nie mielibyśmy ciekawej historii o garganelli.


Stworzyła na przykład swój własny preparat do rozjaśniania włosów. Prosta sprawa, bowiem była to po prostu mieszanka popiołu, naparu z pokrzywy i... moczu. Zęby myła pastą z goździków, ziarenek kolendry i... sadzy. Koncepcja ciekawa, ale ostatecznie kto bogatemu zabroni.


Nie ufała też afrodyzjakom z tamtych czasów. Po licznych próbach doszła do wniosku, że aby zwiększyć przyjemność kobiety, wystarczy żeby mężczyzna regularnie smarował odpowiednią część swojego ciała świeżymi wnętrznościami dzika lub ewentualnie naparem z pokrzywy, jajek, białego wina i... jąder jelenia. Wiadomo, nic prostszego.


Wierzyła też, że ciąże pomagają kobiecie zachować wieczne piękno i między innymi dlatego urodziła w sumie ośmioro dzieci. Ostatniego synka kochała bardzo, a z resztą łączyły ją raczej trochę luźniejsze relację. Kiedyś jej dzieci zostały schwytane i postawione pod murami jej zamku z mieczami przy szyjach. Caterina miała się poddać, aby ich ocalić, ale bez większego zastanowienia zrobiła coś zupełnie innego. Stanęła na murach obronnych w takim miejscu, aby wszyscy dobrze ją widzieli, wysoko podniosła swoją sukienkę i powiedziała coś w rodzaju:


- Widzicie? Mam dobre warunki, mogę zrobić sobie jeszcze wiele innych dzieci!


Bo to zła kobieta była!


In pasta veritas.

kulinarne perwersje 2018

Zdradzamy nasz sposób na to, jak sobie robić w życiu dobrze!

Wrzucamy pomysły na ruszt. Czasem własne, czasem cudze;) Czasem hand made, czasem pozwalamy innym się nakarmić..

Opowiadamy, słuchamy, pichcimy, Śmiejemy się, jemy i pijemy.

Przeważnie w towarzystwie, bo wtedy lepiej smakuje.

Ma być miło, na luzie:)

Pozdrawiamy,

Wojtek&Basia