Cantucci e vinsanto, czyli sposób na najbardziej znane włoskie ciasteczka

Codzienność żołnierzy starożytnego Rzymu, podawana z lekarstwem na średniowieczne plagi... i do tego można sobie zęby połamać. O co chodzi? O cantucci e vinsanto.



Cantucci e vinsanto to idealne zakończenie posiłku w Toskanii. Toskańczycy uważają ten duet za parę najlepszych przyjaciół... no może nie wszyscy, bo jestem pewien, że niejeden winiarz dostaje białej gorączki widząc jak w barbarzyński sposób ciasteczka maczane są w kieliszku z jego cudownym winem, które dokładnie zaprojektował, doglądał, sprawdzał i na koniec przez lata czekał aż osiągnie dojrzałość - dokładnie zgodną z jego wizją. Chce, czy nie, taki winiarz musi nabrać dużo odporności i wyrozumiałości, bo ten obyczaj powszechny jest w każdej restauracji. Co się dzieje za zamkniętymi drzwiami toskańskich domów może się tylko domyślać, ale przynajmniej nie musi na to patrzeć.


Cantucci mają swoją ciekawą historię, przeżywały wzloty i upadki, żeby teraz rozkwitnąć i zdobyć popularność na całym świecie. Zaczęło się od biscotti w starożytnym Rzymie. 'Bis' oznacza 'dwukrotnie', a 'coctum' oznacza 'piec' - czyli biscotti to 'dwukrotnie pieczone'. I właśnie o to chodziło w starożytnym Rzymie - drugie pieczenie miało na celu całkowite pozbycie się wilgoci z ciasteczek, dzięki czemu miały się ona nadawać do spożycia przez długie lata.


Były one powszechnie wykorzystywane przez legiony rzymskie, które miały zabierać spore ich zapasy na długie wyprawy. Po pewnym czasie były tak twarde, tak że można było sobie na nich połamać zęby i dlatego przed spożyciem maczane były w tym co było pod ręką (ale nie w vinsanto, bo to powstało 'dopiero' jakieś 700 lat temu - zresztą nie jako trunek deserowy, ale jako lekarstwo na średniowieczne plagi). W każdym razie po upadku Imperium również biscotti zaliczyły upadek i w zasadzie na jakiś czas przestały istnieć.


Dopiero wraz z renesansem nastąpiło ich odrodzenie - odtworzył je jeden z toskańskich piekarzy i zaczął podawać jako deser właśnie z lokalnym słodkim winem. Początkowo były one pieczone zgodnie z klasyczną formułą, czyli z migdałami, ale szybko pojawiły się inne odmiany - z innymi orzechami, rodzynkami a nawet cytryną. Biscotti otrzymały wówczas nową nazwę 'cantucci' i oprócz tego, że podawane były na salonach we Florencji, bardzo często wykorzystywane były przez żołnierzy, rybaków i żeglarzy - dokładnie z tych samych powodów dla których zajadali się nimi legioniści rzymscy maszerujący do walki wiele lat wcześniej.


Obecnie spotykane cantucci są twarde, ale raczej nie wyłamują już zębów i nie powinny też być zbyt słodkie.


A może jako dodatek do cantucci lepsza od vinsanto jest po prostu kawa?




Czego potrzeba?

  • 150g cukru

  • 250g mąki

  • 1 jajko i dodatkowo jedno żółtko

  • 100g migdałów

  • 10 ml amaretto

  • Skórka z jednej pomarańczy

  • 30g masła

No i co dalej?

  1. Do miski wrzucamy cukier, jajko, mąkę, masło, skórkę z pomarańczy, szczyptę soli i dodajemy amaretto.

  2. Łączymy wszystkie składniki i miksujemy do czasu uzyskania jednolitej masy

  3. Dodajemy migdały (w całości) i mieszamy

  4. Z powstałego ciasta tworzymy dwa mniej więcej równej długości walce i umieszczamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia

  5. Każdy z tych walców spłaszczamy - w taki sposób, żeby po ich późniejszym pokrojeniu na plastry uzyskać kształt typowy dla cantucci. Każdy z nich następnie smarujemy z wierzchu żółtkiem

  6. Wstawiamy na 20 minut do piekarnika rozgrzanego do temperatury 200°C

  7. Odstawiamy do ostygnięcia, kroimy na plastry o grubości ok. 1,5 cm i ponownie wstawiamy do piekarnika - tym razem na 18 minut w temperaturze 160°C

  8. Wyciągamy, czekamy aż ciasteczka wystygną i zajadamy bez opamiętania - z vinsanto albo po prostu z kawą!