Świąteczny kompot mandarynkowo-jabłkowy, który zachwyci najbardziej wybrednych

Aktualizacja: mar 4

Sposób na pozbycie się niewygodnej osoby przy stole, zdradziecka metoda nalewania wina i śmiertelne zagrożenia podczas wspólnej kolacji. Ciekawość Was zżera? Na przystawkę będzie świąteczny kompot, ale nie z suszu.


Świąteczny kompot powinien być tradycyjnie z suszu, ale ja go nie lubię prawie tak bardzo jak karpia i właśnie dlatego jako alternatywę mamy kompot jabłkowo-mandarynkowy - też w wersji świątecznej.

Kompoty są nierozerwalnie związane z polską kuchnią, ale tak naprawdę to przywędrowały do nas setki lat temu z bliskiego wschodu. W ostatnich latach przechodziły czas próby i sukcesywnie znikały z polskich stołów jako napój kojarzony z okresem, od którego Polacy jak najbardziej chcieli się odciąć, ale na szczęście to się teraz zmienia i przeżywają one prawdziwy renesans, ponownie zdobywając coraz większą popularność.


Cofając się jeszcze bardziej - do czasów, kiedy nie było powszechnego dostępu do butelkowanej mineralnej i wody bieżącej, jej spożywanie - również w formie przetworzonej - wiązało się z pewnym ryzykiem. Właśnie dlatego, nawet jeśli setki lat temu mieszkańcy naszego kraju znali i potrafili przyrządzać kompoty, to jednak znacznie większą popularnością cieszyło się wino, piwo i różnego rodzaju miody - ich spożywanie było po prostu dużo bezpieczniejsze.


Zresztą w dawnych czasach spożywanie czegokolwiek wiązało się z pewnym ryzykiem. Nawet nie dlatego, że jedzenie mogło być zepsute, czy nieświeże, ale dlatego że powszechnym sposobem na pozbywania się niewygodnych osób było zatruwanie przeznaczonych dla nich potraw. Można było spotkać się przy kolacji, miło pogawędzić z gospodarzem, pośmiać się, wspólnie napić się wina... a potem zasnąć i już nigdy się nie obudzić. Ciało w takich razach najczęściej po dłuższym czasie odnajdywane było na dnie rzeki z przywiązanym do szyi kamieniem... albo w jakiejś studni... albo znikało na zawsze.


Na pewno słyszeliście o zamożnych ludziach, którzy zmuszali swoich służących do próbowania potraw i napojów przed ich podaniem- tak aby upewnić się, że nie są zatrute. Fajnie, ale nie zapobiegało to sytuacjom, kiedy to ktoś z siedzących przy stole biesiadników chciał poczęstować swojego sąsiada trucizną, a zdarzało się too częściej niż można by się tego spodziewać. Rozpowszechniły się w pewnym momencie specjalne pierścienie z trucizną, umieszczaną pod „oczkiem”. Dzisiaj sięganie ręką po coś ze stołu ponad talerzem sąsiada uważane jest za niestosowne - niezgodne z zasadami savoir-vivre. Kiedyś stanowiło to zagrożenie dla życia, bowiem właśnie wykonując taki ruch, można było z łatwością dosypać trucizny do potrawy sąsiada.


Co więcej, do dzisiaj we Włoszech nalewania wina w taki sposób, że dłoń umieszczona jest pod butelką uważane jest za faux pas i nazywane jest „versare alla traditora”, czyli zdradzieckim nalewaniem. Domyślacie się skąd taka nazwa?


Czego potrzeba?


  • 4 jabłka

  • 8 mandarynek

  • Mała garść goździków

  • 150 ml soku z czarnej porzeczki


No i co dalej?


  1. Jabłka obieramy i kroimy na kawałki. Tak samo z mandarynkami.

  2. Wrzucamy do garnka, dodajemy sok z czarnej porzeczki, wsypujemy goździki, zalewamy 4 litrami wody i gotujemy przez jakieś 2 godziny (czasem warto zamieszać)

  3. Studzimy i pijemy bez opamiętania!

kulinarne perwersje 2018

Zdradzamy nasz sposób na to, jak sobie robić w życiu dobrze!

Wrzucamy pomysły na ruszt. Czasem własne, czasem cudze;) Czasem hand made, czasem pozwalamy innym się nakarmić..

Opowiadamy, słuchamy, pichcimy, Śmiejemy się, jemy i pijemy.

Przeważnie w towarzystwie, bo wtedy lepiej smakuje.

Ma być miło, na luzie:)

Pozdrawiamy,

Wojtek&Basia